Chromek
Wróć do bloga
Nowości 7 min czytania

Co nowego w Google Chrome? Najważniejsze zmiany w 2026 roku

Chrome 136–138: lokalny AI Gemini Nano, naprawa 20-letniej luki :visited, Quick Share i integracja z CrowdStrike. Co zmienia się w przeglądarce, która ma 65% rynku?

Co nowego w Google Chrome? Najważniejsze zmiany w 2026 roku

Google Chrome w maju 2026 kręci się już na wersjach 136–138 i przestał być tylko przeglądarką — właściwie od dawna. To teraz pełna platforma, która połknęła lokalny model AI, naprawiła dwudziestoletni błąd bezpieczeństwa i wciąż balansuje na granicy między wygodą a prywatnością. Wersja 136 to moment, w którym te zmiany stały się widoczne na dobre. Przeglądarka, która przez lata była po prostu oknem na internet, teraz sama zaczyna myśleć — choć nie każdemu się to podoba.

Co ciekawe, Chrome ciągle trzyma ponad 65% rynku przeglądarek i żadna konkurencja nie zbliża się na horyzoncie. To właśnie ta dominacja pozwala Google wprowadzać tak daleko idące zmiany bez pytania użytkowników o zgodę. Gdy masz trzech na pięciu użytkowników internetu na pokładzie, decyzje podejmuje się szybciej niż w świecie, gdzie każdy procent rynku walczy o przetrwanie.


Gemini Nano — sztuczna inteligencja, która mieszka na Twoim dysku

Największa zmiana w Chrome 136 to Gemini Nano, czyli lokalny model AI wbudowany bezpośrednio w przeglądarkę. Google nie pytało zbyt głośno — plik weights.bin o wadze około 4 gigabajtów po prostu pobrał się w tle, bez wyraźnego powiadomienia. Dla wielu użytkowników pierwsza oznaka tego, że coś się zmieniło, było nagle mniejsze miejsce na dysku. Cztery gigabajty to na niektórych laptopach z 128 GB SSD całkiem spory odsetek dostępnej przestrzeni.

Jak to działa? Model AI uruchamia się lokalnie, na Twoim komputerze, a nie na serwerach Google. To fundamentalna różnica względem ChatGPT czy Gemini w wersji webowej. Twoje dane nie opuszczają maszyny — przynajmniej w teorii. W praktyce sytuacja okazała się bardziej skomplikowana. Lokalne przetwarzanie oznacza, że nawet gdy internet zgaśnie, Chrome wciąż potrafi podsumować stronę czy pomóc dokończyć zdanie w mailu. To realna zmiana jakościowa.

Funkcji jest kilka i brzmią sensownie. “Help me write” pomaga pisać teksty bezpośrednio w przeglądarce — od maili po posty. Wykrywanie oszustw (scam detection) analizuje strony pod kątem phishingu i podejrzanych wzorców. Podsumowania stron pozwalają szybko ogarnąć długi artykuł bez czytania go w całości. Organizacja kart to kolejny krok w kierunku tego, by Chrome sam zarządzał chaosem otwartych zakładek. Scam detection wydaje się szczególnie przydatny — przeciętny użytkownik nie analizuje URL-ów i certyfikatów, więc dodatkowe oko, które wychwyci podejrzany formularz, może uratować dane lub pieniądze.

Zalety są realne i mierzalne. Prywatność faktycznie wzrasta — dane nie wędrują do chmury, co oznacza mniej okazji do ich wycieku w przypadku włamania na serwery Google. Odpowiedź jest szybsza, bo nie trzeba czekać na połączenie z serwerem. Model działa też offline, co przydaje się przy niestabilnym internecie. Dla osób pracujących w podróży czy w miejscach z kiepskim zasięgiem to konkretna zaleta.

Ale są i wady, i to konkretne. Cztery gigabajty to spory kawałek dysku, szczególnie na laptopach z ograniczoną przestrzenią. Pobieranie bez wyraźnej zgody budzi uzasadnione wątpliwości — użytkownik powinien wiedzieć, co instaluje się na jego maszynie. Google od lutego 2026 obiecuje wyłączenie w ustawieniach: Settings > System > On-device AI, ale trzeba o tym wiedzieć i samemu to zrobić. Problem w tym, że większość osób nigdy nie zagląda do zaawansowanych ustawień systemowych przeglądarki.

Co ciekawe, w Chrome 148 opis tego ustawienia został zmieniony — usunięto zapewnienie, że dane nie trafiają na serwery Google. To subtelna, ale istotna zmiana. Google nie mówi już wprost, że Twoje dane zostają tylko na Twoim komputerze. I to budzi pytania, na które firma na razie nie odpowiada zbyt chętnie. Czy model faktycznie wysyła coś w tle? Czy “lokalne” przetwarzanie ma jakieś niewidoczne wyjątki? Nie wiadomo, a Google nie spieszy się z wyjaśnieniami.


Koniec 20-letniego błędu prywatności w Chrome 136

Dwadzieścia lat. Tyle czasu strony internetowe mogły sprawdzać, które linki odwiedziłeś wcześniej. Problem dotyczył stylów CSS dla linków :visited — strona mogła zastosować inny styl do odwiedzonego odnośnika i w ten sposób dowiedzieć się, czy byłeś na konkretnym URL-u. Brzmi niewinnie, ale konsekwencje były poważne. Technicznie rzecz biorąc, przeglądarka pozwalała stronie trzeciej odczytać fragment historii przeglądania — jednej z najbardziej wrażliwych informacji o użytkowniku.

Ataki wykorzystujące ten mechanizm miały kilka oblicz. Timing attacks mierzyły czas renderowania, by odgadnąć stan linku. Pixel attacks wykorzystywały subtelne różnice w wyglądzie — na przykład przez Canvas API. Phishingowcy mogli sprawdzić, czy odwiedziłeś stronę ich konkurencji. A profilerzy budowali profile zainteresowań bez Twojej wiedzy i zgody. Wszystko przez jedną lukę w stylach CSS, która istniała od czasów Internet Explorera 6.

Chrome 136 domyślnie włącza triple-key partitioning. Mechanizm jest prosty w założeniu: link wygląda na “odwiedzony” tylko wtedy, gdy znajdujesz się na tej samej stronie, na której go kliknąłeś. Klucz składa się z trzech elementów: URL linku + domena główna (top-level site) + origin ramki (frame origin). Jeśli którykolwiek element się nie zgadza — przeglądarka traktuje link jako nieodwiedzony. Strona A nie dowie się już, że odwiedziłeś stronę B, nawet jeśli wyświetli ten sam link.

To eksperyment, który zaczął się od wersji 132, wreszcie stał się domyślny. Jest jeden wyjątek: strona wciąż widzi swoje własne odwiedzone linki (self-links). To rozsądne — Twoja strona powinna wiedzieć, które jej podstrony odwiedziłeś. Bez tego nawigacja wewnętrzna stałaby się mniej czytelna.

Firefox i Safari miały wcześniej pewne ograniczenia dla :visited, ale żadna z tych przeglądarek nie wprowadziła pełnej partycji klucza. Chrome idzie tu dalej niż konkurencja i to jedna z tych rzadkich sytuacji, gdy Google zasługuje na pochwałę w kwestii prywatności. Dwadzieścia lat to jednak bardzo długo — ta luka istniała od czasów, gdy Chrome jeszcze nie istniał. Lepiej późno niż wcale, ale użytkownicy mogliby dostać tę ochronę dużo wcześniej, gdyby ktoś uznał to za priorytet.


Quick Share, remote desktop i inne nowości

Nie wszystko w Chrome 136 kręci się wokół AI i bezpieczeństwa. Są też zmiany, które po prostu ułatwiają życie.

Quick Share dostał wydłużony czas widoczności — z 5 do 10 minut. To akurat istotne, gdy próbujesz przesłać plik między urządzeniami i coś pójdzie nie tak po drodze. Nowy panel Quick Settings upraszcza dostęp do tej funkcji, choć nazwa “Quick” przy panelu wciąż brzmi lekko ironicznie. Podwójony czas daje więcej swobody w środowiskach biurowych, gdzie jedno urządzenie może obsługiwać kilka osób.

Dla użytkowników ChromeOS 136 pojawiła się opcja admin-initiated remote desktop sessions — administrator IT może zdalnie przejąć kontrolę nad urządzeniem. Jest 30-sekundowe opóźnienie, które daje użytkownikowi czas na reakcję. To rozwiązanie raczej dla firm i szkół, gdzie IT musi szybko rozwiązywać problemy bez biegania z laptopem po budynku. Trzydzieści sekund to rozsądny kompromis między efektywnością wsparcia a prywatnością użytkownika — wystarczająco długo, by przerwać sesję, jeśli administrator próbuje połączyć się bez uzasadnienia.

W segmencie enterprise Chrome zyskał reporting connector dla CrowdStrike Falcon oraz WebProtect URL filtering. To nie brzmi ekscytująco, ale dla działów bezpieczeństwa to kolejny krok w integracji przeglądarki z ekosystemem ochrony endpointów. Chrome staje się częścią większej infrastruktury, a nie samodzielnym narzędziem. CrowdStrike to obecnie jeden z liderów w cyberbezpieczeństwie, więc ta integracja ma sens — administrator dostaje jeden dashboard do monitorowania zagrożeń na wszystkich warstwach.


Chrome w 2026: przeglądarka, która sama zaczyna myśleć

Chrome 136–138 to punkt zwrotny, który widać gołym okiem. Lokalny model AI, naprawiona dwudziestoletnia luka w prywatności, głębsza integracja z narzędziami enterprise — to wszystko pcha przeglądarkę w stronę platformy, która nie tylko wyświetla strony, ale aktywnie przetwarza informacje.

Gemini Nano to najbardziej kontrowersyjny element tej układanki. Cztery gigabajty w tle, zmieniające się obietnice o prywatności, model działający lokalnie ale nie do końca transparentnie — to mieszanka, która z jednej strony oferuje realne korzyści, z drugiej budzi uzasadniony niepokój. Triple-key partitioning to natomiast przykład, że Google potrafi robić dobrą robotę w kwestii prywatności — tylko robi to wtedy, gdy uzna to za opłacalne. Dwadzieścia lat czekania na naprawę :visited mówi samo za siebie.

Wersje 136+ pokazują, dokąd zmierza Chrome. Nie jest już tylko oknem na internet. Staje się centrum AI, narzędziem bezpieczeństwa, platformą pracy. Pytanie brzmi: czy użytkownicy chcieli tego wszystkiego naraz, czy po prostu nie zapytano ich o zdanie. Przy dwóch trzecich rynku pod kontrolą Google raczej nie musi pytać. Może po prostu robić.

Powiązane artykuły